Dowody rzeczywistej obecności Pana Jezusa w Najśw. Sakramencie

Jakkolwiek wiara jest darem Ducha św. i wyrozumować się nie da, toć jednak Paweł św. żąda – aby cześć, którą Bogu oddajemy, była rozumną, ut sit rationabile obseqiuum vestrum t.j. abyśmy sobie umieli zdać sprawę, dlaczego tak, a nie inaczej wierzymy!

To też dogmata katolickie nie obawają się, jak to niektórzy mylnie twierdzą, światła rozumowego badania – owszem każdy z nich na tak silnej zbudowany podstawie, że tylko człowiek złej woli lub płytko uczony nie może lub nie chce przejrzeć tej misternej budowy nauki katolickiej.

Człowiek prawdziwie wykształcony a przytem i dobrej woli, ten wie nie tylko, że tak a nie inaczej wierzyć należy – ale i to, dlaczego tak wierzyć należy.

Wiara bowiem nie wyklucza rozumu – ona tylko kieruje nim, by nie zszedł na manowce błędu i wprowadza go w sanktuarium tajemnic Bożych, dokąd by sam o własnem swem świetle dojść nie zdołał.

To też i co do tajemnicy Najśw. Sakramentu, rozum wprawdzie jest za słaby i niezdolny, aby zrozumieć istotę tej niezgłębionej tajemnicy i pod tym względem musi zawezwać pomocy wiary; – sam jednak własnem swem światłem poznać może, że nauka w rzeczywistą obecność Pana Jezusa w Najśw. Sakramencie, jak ją Kościół katolicki głosi, jest prawdą, która jak każda prawda, na swoje poparcie, ma niezbite dowody.

I na czemże się ta wiara nasza w rzeczywistą obecność Chrystusa Pana w Najśw. Sakramencie opiera? Opiera się przedewszystkiem na zapewnieniu Chrystusa i wyroczniach Pisma św. na nieomylnem nauczycielstwie Kościoła św. – a wreszcie i rozum zdrowy na nią godzić się musi, gdyż nic nie zawiera ona w sobie takiego, coby zasadom filozofii przeciwnem było, co zupełnie wystarcza tam, gdzie rozum za słaby, by w głąb tajemnicy Bożej móc wniknąć. Z tego trojakiego punktu widzenia, zastanowimy się nad tajemnicą Najśw. Sakramentu! Najprzód okażę, że Chrystus Pan i Jego Apostołowie, ponad wszelką wątpliwość, w nią wierzyć nam każą, – dalej że Kościół św. nieomylny głosiciel nauki Chrystusa, w prawdę tą pod utratą zbawienia wierzyć nakazuje, a wreszcie, że ta tajemnica, na pozór rozumowi przeciwna, da się pogodzić z zasadami filozofii! Dowód pierwszy, czerpany ze słów Chrystusa Pana i Jego Apostołów będzie treścią niniejszej nauki. Zacznijmy w Imię Boże!

Rzesza wielka, pod wrażeniem świeżem cudownego nakarmienia 5000 ludzi, pięciorgiem chleba i dwoma rybami, chce Chrystusa obwołać królem! Chrystus chroni się na górę i tam się modli. Następnie przechodzi po wierzchu fal morskich i przybywa do Kafarnaum. Za nim spieszy w niezliczonych łódkach rzesza żydowska, do której Chrystus tak się odzywa: Zaprawdę, zaprawdę, mówię wam szukacie mnie… iżeście chleb jedli i najedli się.

Zganiwszy im niską pobudkę, dla której Go szukali, t.j. chęć obfitowania w dobra doczesne dodaje uroczyście: Jam jest chleb żywy, który z nieba zstąpił. Jeżeliby kto pożywał tego chleba, żyć będzie na wieki. A chleb, który ja dam, jest ciało moje na żywot świata! – Żydzi słusznie z słów Chrystusowych wnioskując, że obiecuje On dać ciało swoje na pożywienie, swarzyli się między sobą, mówiąc: Jako nam ten może ciało swe dać ku pożywieniu? Gdyby Chrystus Pan nie był myślał tak, jak Żydowie, t.j. gdyby nie myślał ciała swego dać ludziom za pokarm, natenczas widząc się źle zrozumianym, byłby natychmiast jaśniej się wytłumaczył i nieporozumienie sprostował! Daleki jednak od tego, potwierdza owszem swe słowa, mówiąc: Zaprawdę, zaprawdę wam powiadam: Jeślibyście nie jedli ciała Syna człowieczego i nie pili krwi Jego, nie będziecie mieć żywota w sobie. Słowa były tak jasne, a przytem takie niepodobieństwo, na pozór, w sobie mieszczące, że rzesza zgorszona niemi odeszła od Chrystusa a nawet niektórzy z uczniów Chrystusowych zaczęli się chwiać w wierze i nazwali mowę Chrystusową twardą, której nikt pojąć nie zdoła! Chrystus Pan i teraz nie prostuje swego wypowiedzenia, i On, który przyszedł szukać, co było zginęło, On zezwala raczej na to, że wielu z uczniów, nie chcących dać wiary Jego słowom, odchodzi od Niego, by już więcej nie wrócić, aniżeli odwołać to lub sprostować swe słowa! Co więcej, nawet ukochanym swoim dwunastu Apostołom, pozwala siebie opuścić, gdyby nie chcieli wierzyć w Jego słowa! Z opowiadania tego, każdy bez wyjątku, musi wysnuć tą prawdę, że Chrystus Pan przyobiecał własne swe Ciało dać ludziom na pokarm. A pocóżby, pytam, obiecywał, gdyby obietnicy dotrzymać nie miał? Czy chyba na to, żeby łatwowiernych obałamucić, a innych, nie tak skoro wierzących, od siebie i swej nauki na zawsze oddalić? Jedno i drugie jest niepodobnem nawet ze stanowiska czysto rozumowego, nie biorąc nawet rzeczy ze stanowiska wiary, która przecież w Chrystusie Boga widzieć każe.

Niepodobnem jest do przypuszczenia, żeby Chrystus miał zamiar łatwowiernych w błąd wprowadzać: bo w tym razie musiałby być oszustem, człowiekiem podłego charakteru; zaś tego najzaciętsi wrogowie Chrystusa Mu nie zarzucają: owszem, wszyscy bez wyjątku uznają w Chrystusie jednego z największych i najzacniejszych mędrców starożytności, który za swe przekonanie życie położył. O rzecz ta pewna! Kto z samowiedzą innych chce obałamaucić, ten pewnie na udowodnienie swej nauki o której fałszu sam jest przekonanym, życia nie położy. Więc chęć wprowadzenia w błąd słuchaczy, jest tu bezwzględnie wykluczoną, skoro zaś tak, czemuż by Chrystus miał przyobiecywać to, czego potem dopełnić nie miał lub nie mógł? Chyba żeby zniechęcić słuchaczy i oddalić ich od siebie! I to zdrowemu rozumowi się sprzeciwia! Każdy bowiem nauczyciel pragnie mieć jak największą liczbę słuchaczy.

Toć i Chrystus, widząc, że rzesza zgorszona się rozchodzi, że nawet uczniowie niektórzy Go opuszczają, pewnieby cofnął swoje słowa, gdyby one do istoty jego nauki nie należały.

Takby uczynił, jako zwykły nauczyciel, a tem bardziej jako Mesyasz, który tak umiłował ludzi, że by ich od zguby uchronić, postanowił krwią swoją ich odkupić! A teraz ostateczny wniosek: Jeżeli niepodobna przypuścić, żeby Chrystus miał zamiar słowy swojemi jednych w błąd wprowadzić, a drugich zgorszyć i od siebie ich oddalić, jeżeli, mimo to, widząc obietnicą swą wielu zgorszonych i oddalających się od Niego, obietnicy tej nie cofa ani też zrozumienia tejże nie prostuje – wniosek niezawodny: że obietnicę daną, którą jako Bóg mógł przecież ziścić, miał też w rzeczywistości ziścić. Tak się też i stało!

Oto w przeddzień śmierci swej, gdy wieczerzali wziął Jezus chleb i błogosławił i łamał i dawał uczniom swoim i rzekł: Bierzcie i jedzcie to jest ciało moje. A wziąwszy kielich dzięki czynił i dał im rzekąc: Pijcie z tego wszyscy: albowiem to jest krew moja nowego testamentu, która za wielu wylaną będzie na odpuszczenie grzechów! (Mat. XXVI, 26. 27. 28) Słowa są tak jasne, że trzeba bardzo wiele złej wiary, by nie chcieć znaczenia ich wyrozumieć! Nie mówi Chrystus Pan nad chlebem: to oznacza ciało moje, to ma wam przypominać ciało moje, ale mówi: to JEST ciało moje, to JEST krew moja! Aby jednak wykluczyć wszelką możliwość tłumaczenia w znaczeniu przenośnym słów wypowiedzianych, Chrystus Pan, mówiąc o ciele dodaje: które się za was dawa (Łuk 22, 19) a mówią o krwi dodaje: która za wielu wylana będzie na odpuszczenie grzechów. Jakoby mówił: To co trzymam w rękach, a co przed chwilą było chlebem, to, słowem wszechmocy mojej, tej samej wszechmocy, która świat cały z nicestwa do bytu powołała, przemieniło się na ciało moje, a ciało nie inne, tylko to samo, które jutro wydanem będzie dla was na śmierć krzyżową; a to znowu, co przed chwilą było winem, to słowem tejże samej wszechmocy przemieniło się na krew moją, a krew tę samą, która jutro na drzewie krzyża za was przelaną będzie. Zaiste! Gdyby Chrystus Pan, nie ciało swe, ale znak ciała swego i krwi swojej, jak utrzymują heretycy i niewierni katolicy, chciał nam zostawić, a mimo to tak niedwuznacznemi słowy wypowiada: że ciało i krew swoją nam zostawia – to już chyba umyślnie chciał nas w błąd wprowadzić! Że to niemożebne, ze względu na charakter osobisty Chrystusa Pana, okazaliśmy wyżej; tu tylko dodam, że w przeddzień śmierci, człowiek najprzewrotniejszy nawet, nie zwykł kłamać, że majestat grobowy śmierci ma w sobie coś tak poważnego, iż przed nim pierzcha kłamstwo, jak cienie wobec światła płonącej gromnicy. Czyż więc podobna przypuścić, żeby Chrystus w przeddzień śmierci, którą jako Bóg przepowiada, żeby Chrystus dopuścił się tego, czego człowiek najprzewrotniejszy nawet, wobec zbliżającej się śmierci nie zwykł się dopuszczać, czy podobna by Chrystus kłamał? Zaiste! Samo to przypuszczenie dreszczem was przejmuje, nieprawdaż? A przecież, ci wszyscy, którzy nie wierzą w obecność rzeczywistą Chrystusa Pana w Najśw. Sakramencie, ci wszyscy, mówię, zarzucają Chrystusowi kłamstwo, zarzucają mu, że popełnił je wtenczas, gdy zaledwie kilka godzin dzieliło go od śmierci! Ach, daj Boże, by pozbyli się tej bluźnierczej a Chrystusa Pana tak bardzo krzywdzącej myśli co prędzej, owszem, dziwując się pobożnie sprawom Bożym, zawołali pobożnie:

Jak wielki cud Bóg uczynił,
Gdy chleb w ciało swe przemienił.

Rzućmy się prze tym Bogiem na kolana i wyznajmy z czcią głęboką:

Tyś jest pod osobą chleba,
Któryś dla nas zstąpił z nieba.

Lecz idźmy dalej w naszem dowodzeniu! – w obliczu śmierci, nie tylko, że nikt prawie kłamać się nie odważy, ale owszem każdy pragnie, by słowa jego ostatnie, wolę jego ostatnią jak najlepiej zrozumiano. To też umierający unika skrzętnie wszelkich dwuznaczników i jasno się tłumaczy! Chrystus Pan, ustanawiając Najświętszy Sakrament ogłasza swą ostatnią wolę, testamentem niejako przekazuje ludzkości ciało swe i krew swoją! Nie mogło mu też być tajnem, że Apostołowie obecni, nie mogą inaczej rozumieć mowy Jego tak jasnej, jak tylko w znaczeniu dosłownem, tem bardziej, że obietnicę Jego, o ustanowieniu tajemnicy ciała i krwi brali w znaczeniu dosłownem, wskutek czego nawet zaczęli niektórzy chwiać się w wierze. Czyż więc można przypuścić, żeby Chrystus Pan, widząc się źle zrozumianym przez tych, którzy naukę Jego mieli roznosić po całym świecie, czy podobna mówię, żeby błędnego ich mniemania nie sprostował, a tak stał się przyczyną błędu po wszystkie czasy?

Otóż jedno z dwóch koniecznie potrzeba przypuścić. Albo Chrystus Pan chciał Apostołów a przez nich całą ludzkość w błąd wprowadzić – albo przemienił chleb i wino w ciało i krew swoją przenajświętszą. – ponieważ przypuszczenie pierwsze z tego cośmy dotąd mówili, jest niemożliwe, przeto pozostaje prawdą, że Chrystus Pan przemienił chleb i wino na krew swoją – a słowy: To czyńcie na moją pamiątkę dał władzę Apostołom i ich następcą w urzędzie t.j. biskupom i kapłanom, by to samo czynili!

Apostołowie też o tej prawdzie byli zupełnie przekonani, jak to widać ze słów ich własnych. Miasto wielu cytatów przytoczę tu jeden wymowny św. Pawła Apostoła: Kielich błogosławienia, pisze ten Apostoł w I liście do Koryntian (10, 16), i kielich błogosławienia, któremu błogosławimy, izali nie jest uczestnictwem krwi Chrystusowej, a chleb, który łamiemy, izali nie jest uczestnictwem ciała Pańskiego? A nieco niżej, w tym samym liście, przypomniawszy Koryntczykom historyę ustanowienia tajemnicy ciała i krwi Pańskiej tak dalej mówi: A tak, ktobykolwiek jadł ten chleb, albo pił kielich pański niegodnie, będzie winien ciała i krwi – Pańskiej. Niechaj że doświadcza siebie samego człowiek ,a tak neich je z chleba tego i kielicha pije. Albowiem który je i pije niegodnie: sąd sobie pije, nie rozsądzając ciała Pańskiego.

Gdyby więc przyjmujący komunię Św. nie przyjmowali ciała i krwi Pańskiej, ale tylko znak, figurę ciała i krwi Chrystusowej, jakżeby śmiał Apostoł twierdzić, że przyjmujący niegodnie, staje się winnym ciała i krwi Pańskiej, jakżeby śmiał grozić tak straszną karą, jaką jest potępienie wieczne?

Zaiste! Czyn karygodny nie stałby w żadnym stosunku do winy i kary! Jeżeli więc według słów Apostolskich niegodnie przyjmujący ciało i krew Pańską zasługuje sobie przez to jedno an wieczne potępienie, to rzecz oczywista, że w komunii św. przyjmuje ciało i krew Pańską, czyli że w Najśw. Sakramencie jest Jezus Chrystus przytomny! Inaczej trudnoby było pojąć, dlaczego Apostoł tak straszną, owszem najstraszniejszą ogłasza karę, t.j. wieczne potępienie! Jeżeli jednak, co też jest rzeczywiście, w Najśw. Sakramencie jest sam Jezus Chrystus przytomny, natenczas komunikujący niegodnie znieważa ciało i krew Pańską, znieważa świętokradzko samego Chrystusa, przez co zasługuje sobie na wieczne potępienie. Z słów tych wynika więc oczywiście, że w Najśw. Sakramencie jest Jezus Chrystus przytomny.

Na tem kończymy pierwszy dowód, a dowód, zdaje mi się, tak jasny i przekonywający, że tyko upór i zła wola przeczyć mu mogą. My zaś kończąc tę naukę, zawołajmy na stwierdzenie wiary naszej z głębi serca naszego:

 

W tej hostyi jest Bóg żywy,
Choć ukryty lecz prawdziwy.

ks. Leon Pastor, 1886 r.
Źródło: „Sześć krótkich nauk dogmatyczno moralnych o rzeczywistej obecności P. Jezusa w Najświętszym Sakramencie Ołtarza”

 

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s