Niebo zrównane z ziemią

W 1958 roku arcybiskup Fulton Sheen zauważył, iż świat rozdarty na pół postanowił siłą oddzielić Chrystusa od krzyża. Z jednej strony komunizm, który godził się na krzyż, ale nie na Chrystusa; z drugiej strony liberalizm, który przystał na Chrystusa, ale bez krzyża. Podczas więc gdy Kościół rzucony na pastwę marksizmu przeżywał okres prześladowań i męczeństwa, Kościół w krajach na zachód od „żelaznej kurtyny” przeżywał czas infantylizacji i duchowego uwiądu.

Chrystus pozbawiony Krzyża

Wiosna ’89 roku, która zakończyła zimną wojnę postu z karnawałem, zamiast doprowadzić do pojednania Chrystusa z Jego Krzyżem, przyniosła ze sobą apostołów „Pozytywnej” Nowiny i teologii fajności.

Zachodnia cywilizacja postchrześcijańska – pisze abp Sheen w książce „Life of Christ” („Żywot Chrystusa”) – przejęła Chrystusa bez Jego Krzyża. Jednakże Chrystus bez ofiary, która pojednała świat z Bogiem jest tanim, sfeminizowanym, bezbarwnym, wędrownym kaznodzieją, który zbudował swoją popularność znakomitym Kazaniem na Górze, ale który też ściągnął na siebie gromy za to, co mówi o własnej boskości z jednej strony, a rozwodami, sądem i piekłem z drugiej.[1]

Te błyskotliwe spostrzeżenia poczynione tuż po wojnie ujawniają się dziś z całą mocą. Oderwanie naszego Pana od Krzyża jest bowiem zrównywaniem z ziemią Niebios, czyli zakamuflowaną formą neoreformacji i podboju katolickiej wiary przez protestancką mentalność pod narkozą. Przewodniczący niemieckiej konferencji episkopatu, kardynał Reinhard Marx, znakomicie ujął to odseparowanie Chrystusa od Krzyża, kiedy orzekł, że czym innym jest pozostawanie w jedności z doktryną Kościoła, a czym innym praktyka duszpasterska. Dlatego należy „pochylać się nad człowiekiem”, ale nie po to, by go wznieść ku Bogu. To Bóg ma zejść z Krzyża do ludzi, to On ma wejść w tłum, stając się fajnym, bo równym nam zgodnie z wymogami demokracji.

Chrystus bez Krzyża łatwo zostaje więc wprzęgnięty do walki o przychylność tłumu. Zamiast ubiczowanego, ukoronowanego cierniem Króla wystawionego na wzgardę motłochu, mamy Zbawcę, który w programie „Mam Talent” stara się przypodobać tłumowi. Nie jest to Jezus, od którego odeszły tłumy, mówiąc Trudna to nauka, ale facet z pozytywnym, łatwostrawnym przekazem, który ponownie znakomicie streścił kardynał Marx podczas konferencji na Uniwersytecie Stanforda: „Niebo jest otwarte, wstęp wolny, wchodźcie!”[2]. Chrystus pozbawiony Krzyża musi uznać rację faryzeuszy, którzy mówili o nim: „Oto obżartuch i pijak, przyjaciel celników i grzeszników“ (Mt 11, 19).

W tym świetle Msza Święta przestaje być Najświętszą Ofiarą, a przekształca się we wspólny posiłek: Musimy patrzeć na Eucharystię jak na lekarstwo, które może im pomóc. Musimy znaleźć sposoby, aby ludzie przyjmowali Eucharystię. Nie chodzi o to, by wynajdywać sposoby, jak ich od niej trzymać z daleka. Musimy znaleźć sposób, by ich przywitać – mówił kardynał Marx w wywiadzie dla jezuickiego pisma „America”, powołując się przy tym na encyklikę papieża Franciszka „Evangelii Gaudium”[3].

Mądrość etapu: tolerować grzech

A zatem, w imię duszpasterskiej troski należy zaprosić wszystkich, nawet tych, którzy świadomie żyją w grzechu ciężkim i pozwolić im przyjmować Komunię, która w teologii fajności przestaje być Ciałem i Krwią Jezusa Chrystusa, a staje się jakąś mętnie pojętnym ciasteczkiem na wzmocnienie. Człowiek już nie musi dążyć do Boga przez posłuszeństwo Jego nauczaniu i Magisterium Kościoła, zachowanie czystości, post, pokutę i walkę z grzechem. Jeżeli niebo jest otwarte, a wstęp jest wolny, wystarczy wejść i zasiąść przy stole. Chrystus „pochyla się” nad człowiekiem, a raczej zgina przed nim kark.

Teologia fajności nie tyle zdejmuje Chrystusa z Krzyża, obmywając z miłością Jego święte rany, ale w ogóle nie pozwala Go do Krzyża przybić. Tak jak św. Piotr myśli nie na sposób Boży, lecz na sposób ludzki, głosząc: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie (Mt 16, 22). Staje się więc nośnikiem fałszywego miłosierdzia, które przedstawia Boga jako tego, który za dobre wynagradza, a za złe… przebacza. Ot tak. Za frajer. To „miłosierdzie” używane jest do tego, aby zmieniać nauczanie Kościoła i zmusić Go do akceptacji grzechu, by wszystkim zrobić dobrze, a w efekcie to wyrzucenia grzechu na śmietnik jako przeżytku lat minionych.

Nieważne więc czy ktoś jest rozwodnikiem żyjącym w nieformalnym związku, homoseksualistą czy seksoholikiem, dla każdego jest „wstęp wolny”. Kościół nie może przy tym wymagać niczego od nikogo, musi okazać „miłosierdzie”, tak jak okazuje je Bóg. Rozmywając w ten sposób nauczanie Chrystusa, uniemożliwia się wiernym nie tylko wzrastanie w wierze i świętości, nie tylko demotywuje się ich do walki z grzechem, ale wprost prowadzi się ich na potępienie.

Święta siostra Faustyna, która na prawdziwym Miłosierdziu zna się jak mało kto, napisała w swoim dzienniczku: W jednej chwili znalazłam się w miejscu mglistym, napełnionym ogniem, a w nim całe mnóstwo dusz cierpiących. Te dusze modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą. (…) Wyszliśmy za drzwi tego więzienia cierpiącego. [Usłyszałam głos wewnętrzny], który powiedział: „Miłosierdzie moje nie chce tego, ale sprawiedliwość każe”.[4]

Chrystus i Krzyż to jedno. Miłosierdzie i Sprawiedliwość to jedno, bo Miłość i Krzyż to jedno. Nie sposób oddzielić jednego od drugiego, nie popadając przy tym w kłamstwo. Radosna Nowina pozbawiona wymiaru męki, ofiary, pokuty staje się prawdziwym opium dla ludu, które znieczula i usypia. Syn marnotrawny, który znajduje ukojenie w ramionach kochającego Ojca, po złapaniu oddechu wraca na pastwisko, żeby znowu się uświnić. Bóg nie jest ojcem, który niczego nie wymaga.

Siostra Łucja w 1940 roku pisała do swojego kierownika duchowego: Należy ludziom uświadomić, że obok znaczenia wielkiego zaufania w Boże Miłosierdzie i w opiekę Niepokalanego Serca Maryi, równie ważna jest potrzeba modlitwy i pokuty – a specjalnie świadome unikanie grzechu…

Parodia Chrystusa

Chrystus nigdy nie przychodzi bez Krzyża. Niestety, nie brakuje apostołów Pozytywnej Ewangelii i wiary oczyszczonej z przykrych doświadczeń. Ojciec Grzegorz Kramer w jednym ze swoich wpisów na Facebooku stwierdził: „Człowiek w piekle oznaczałby porażkę Boga, a czy Bóg może ponosić porażki?”. Oczywiście, że nie, Bóg porażki nie może ponieść, świadczy o tym właśnie Nasz Pan z wysokości krzyża. Człowiek za to jest w stanie przegrać i dzieje się tak zawsze, ilekroć zamiast zginać karku przed Bogiem, usiłuje w pysze nagiąć kark Boży.

Chrystus bez krzyża jest ledwie pustą formą, którą można wypełnić dowolną treścią. O tym, do czego może to doprowadzić świadczą dobitnie wypowiedzi biskupki-lesbijki ewangelicko-luterańskiego Kościoła Szwecji Evy Brunne, która w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” stwierdziła, iż nie wierzy w Biblię, „książkę napisaną przez zwykłych ludzi”, tylko w Chrystusa. Można by zapytać, w jakiego Chrystusa wierzy biskupka, skoro nie traktuje serio Pisma Świętego? Oczywiście, Chrystusa skrojonego na miarę swoich własnych potrzeb.

Mój kumpel Jezus

Dostosowywanie Zbawcy do czasów współczesnych wysiłkiem duszpasterskim niemającym oparcia w niezmiennym Magisterium Kościoła nieuchronnie prowadzi do infantylizacji katolicyzmu. Znakomicie ilustruje to scena z bluźnierczego filmu „Dogma”, w której kardynał Glick przedstawił pomysł na reformę Kościoła:

Wszyscy wiemy jak większość społeczeństwa i media w tym kraju postrzegają Kościół Katolicki. Postrzega się nas jako archaiczną instytucję. (…) Aby się temu przeciwstawić, Kościół ogłosił ten rok czasem odnowy. Odnowy wiary, ale i stylu. Na przykład, krucyfiks, który przez długi czas był symbolem naszej wiary. Święta Matka Kościół postanowiła jednak zrezygnować z tego wysoce rozpoznawalnego, ale i depresyjnego wizerunku naszego Pana. Chrystus nie przyszedł na świat, by dać nam gęsią skórkę, lecz by nam pomóc. Dać kopa. Mając to na względzie, przedstawiamy nowy, bardziej inspirujący symbol. Oto Chrystus-kumpel.

Scena ta idealnie odzwierciedla proces zdziecinnienia, który charakteryzuje się nadmierną poufałością ze świętością i nastawieniem na dobre samopoczucie, w czym przeszkadza ów „depresyjny wizerunek naszego Pana”, jakim jest krucyfiks. Jezus pozbawiony swojej boskości zostaje odarty z autorytetu, stając się już nawet nie Nauczycielem ani tym bardziej Mistrzem, ale dobrym kumplem, który zgodnie z ideologią politycznej poprawności nastawia się jedynie na pozytywny przekaz. Owszem, czasem pogrozi palcem, ale zawsze z uśmiechem. Staje się

Tym, co stoi każdego dnia obok mnie i mówi.

Czasami rzeczy, od których włosy stają na głowie. 

Czasami tylko mnie szturchnie i powie – nie rób tego!

A ja głupi i tak to robię.

Ziemskie konsekwencje ponoszę ja. A On się śmieje…

…jak pisał Jarosław Ruszkiewicz w wierszu „Jezus Chrystus – Mój kumpel”, który stanowi właściwie manifest infantylnej teologii fajności. Nie ma w niej miejsca na słowo „grzech”, a jedynie na głupstwo, z którego miłosierny Pan się śmieje. Nie można przecież zaprzątać sobie głowy błahostkami i psuć sobie dobrego samopoczucia.

Czy grzech już nie istnieje?

Kardynał Burke przyznał po synodzie w 2014 roku: Niektórzy ojcowie synodu zwrócili uwagę na fałszywe znaczenie „miłosierdzia”, które nie bierze pod uwagę rzeczywistości grzechu. Pamiętam, że jeden z ojców synodu powiedział: „Czy grzech już nie istnieje? Czy przestaliśmy już go rozpoznawać?”.[5]

Jak bardzo pobrzmiewa tu echo pradawnego kłamstwa Węża w Raju: Na pewno nie pomrzecie (Rdz 3, 4). Nic dziwnego, że tyle kontrowersji narosło wokół kampanii bilboardowej na temat konkubinatu. Larum podniosły nie tylko środowiska lewicowe, co było do przewidzenia, ale przede wszystkim liberalne kręgi katolickie, którym najwyraźniej przypominanie nauki Kościoła zburzyło dobre samopoczucie. Teologia fajności nie znosi bowiem przypominania tej przykrej strony ludzkiej egzystencji, o której tak często mówił nasz Pan. Logicznym jest, że skoro ignorujemy krzyż i Ofiarę, musimy jednocześnie przemilczeć sprawę grzechu, który sprawia, że zarówno jedno jak i drugie konieczne jest do naszego zbawienia.

Nakaz ewangelizacji miłością jest częścią składową teologii fajności i wiąże się nierozerwalnie z zakazem ewangelizacji doktryną. Kardynał Walter Kasper powiedział wprost w jednym z wywiadów: „Ewangelia to nie kodeks karny”[6]. W innym miejscu dodał: „Chcemy bardziej akcentować w człowieku to, co w nim jest pozytywnego”[7]. Ponownie przejawia się w tym chęć ukazywania Chrystusa-kumpla zamiast Chrystusa-króla; Chrystusa-demokraty, a nie Pana Zastępów; duszpasterstwa, przy jednoczesnym zamiataniu nauczania Kościoła pod dywan.

Teologia fajności nie lubi rzeczywistości grzechu, bo ta wymaga nieustannej czujności, pracy nad sobą, rezygnacji z przyjemności, poświęcenia, a niekiedy nawet autentycznego heroizmu, który potrzebuje nie tylko modlitwy i miłości do Boga, ale również przyjmowania sakramentów i życia w stanie łaski uświęcającej. Nie można obarczać wiernego nadmiernym wysiłkiem w czasach wzmożonej konsumpcji. Nie można przypominać mu o grzechu i żądać, by stanął w prawdzie o sobie, gdyż mogłoby to wymóc na nim podjęcie świadomej decyzji o zmianie postępowania. Teologia fajności jest więc w rzeczywistości religijną odmianą politycznej poprawności nastawionej na zagłuszenie sumienia i usprawiedliwiania największych nawet łajdactw. Skoro Bóg kocha „za frajer”, to wszystko jest w porządku.

Kardynał Burke przypomniał we wspomnianym wywiadzie rozróżnienie na kosztowną łaskę i tanią łaskę. Przy czym zaznaczył, iż ta druga nie istnieje: Kiedy Bóg oddaje za nas swoje życie tak jak robi to w Kościele, to wymaga to od nas nowego trybu życia. Codziennego nawracania się do Chrystusa. A my (…) zgadzamy się na to nawrócenie i dokładamy wszelkich starań, żeby codziennie nasze życie zwracało się ku Chrystusowi i chcemy przezwyciężać naszą słabość i grzeszność.

Krwawy pulpet

Teologia fajności, ewangelizacja miłością, której znakiem jest Chrystus-kumpel z miłością bez krzyża sprawiają, że rozwój duchowy wiernego zostaje zatrzymany na etapie dziecięctwa. Nic więc dziwnego, że nawet katolicy mają problem z wiernością małżeńską, skoro miłość do Boga i do współmałżonki utożsamiają jedynie ze stanem zakochania, a nie z następującym po nim trudem i wysiłkiem prowadzącym do dojrzałego współżycia. Tak jak w małżeństwie zdarzają się chwile, w których małżonkowie oddalają się od siebie, tak samo Bóg niekiedy porzuca nas, abyśmy uczyli się duchowej samodzielności i z cierpliwością wzniecali ledwie tlący się żar miłości. Znikają wtedy radość i euforia, pozostaje jedynie żmudna modlitwa, pokuta i Chrystus przybity do Krzyża. Jak wiele z tych osób, które biegały za Zbawcą, domagając się znaków i uzdrowień, trwało przy Nim do końca? Jak wielu Go opuściło? Czym zachwycić i porwać może „krwawy pulpet”, jak określiła Chrystusa z filmu „Pasja” pani Agnieszka Holland?

Dlatego też w tradycyjnym katolicyzmie Rozumowi bezwzględnie podporządkowane były Wola i Emocje. W katolicyzmie liberalnym to Emocje wiodą prym. Rozum, który wedle Bożego zamysłu pozwala człowiekowi rozpoznać, co jest dobre a co złe, podporządkowuje się emocjom, które w pierwszym rzędzie rozróżniają to, co przyjemne, od tego co jest przykre. Wola staje się wówczas niewolnikiem doznać, a Rozum zaczyna jedynie szukać usprawiedliwienia dla grzechu.

Wiara jak kiełbasa

Przejawem postępującej emocjonalizacji wiary i rosnącą poufałość z sacrum jest gwałtowny rozwój ruchów charyzmatycznych, jaki od wielu lat obserwuje się na świecie, a od niedawna także i w Polsce. Wywodzący się z teologii zielonoświątkowej, obcej katolicyzmowi, ruch ten skłania się ku hasłu: „Wierzę, ponieważ doświadczam”. Wiara nie polega więc na intelektualnym poznaniu prawd religijnym, ile na przeżywaniu ich na sposób całkowicie subiektywny. Wiara zostaje sprowadzona do poziomu kiełbasy, jak pisał ksiądz Delurski, którą czuć albo nie czuć. Wierny ukształtowany przez tego rodzaju teologię ugania się  za cudownymi doznaniami, gdyż to one stanowią źródło jego wiary. Tradycyjną pobożność opartą na cichej modlitwie, słuchaniu i rozważaniu, zastępuje więc śpiew, taniec, nieustanne działanie i masowe spędy; zgłębianie prawd objawionych musi ustąpić na rzecz tłumnych egzaltacji, a krucyfiks na rzecz Jezusa-kumpla.

Nadmierna pentekostalizacja[8] Kościoła Katolickiego grozi usunięciem czynnika intelektualnego, który przez dwa tysiące lat stanowił fundament Świętej Wiary. Bez Rozumu nie sposób rozsądzić, czy we wspólnocie istotnie działa Duch Święty, czy może raczej duch tego świata. Proces ten prowadzi również do podkreślania cnót czynnych (działanie), marginalizując bierne (jak choćby posłuszeństwo czy cierpliwość). Ponadto, zjawiska takie jak pseudoproroctwa, tzw. „zaśnięcia w Duchu Świętym”, uzdrowienia czy tzw. „radość w Duchu Świętym” sprawiają, iż katolicy spentekostalizowani narażeni są na przesadną wiarę we własną wyjątkowość, a także w szczególną hojność Najwyższego.

Niezwykle aktualne wydają się w tym kontekście słowa papieża Leona XIII zawarte w encyklice Testem Benevolentiae z 1899 roku:

[Ci, którzy odrzucają przewodnictwo Kościoła] utrzymują, że obecnie, bardziej niż w czasach ubiegłych, Duch Święty rozlewa w duszach dary swoje obficiej i pełniej, i bez żadnych pośredników, naucza i działa w nich, mocą jakiegoś tajemniczego instynktu. Jest to niemałe zuchwalstwo chcieć mierzyć stopień, w jakim Bóg ma się komunikować ludziom; to bowiem zależy jedynie od Jego woli, i sam jest dowolnym szafarzem swych darów.[9]

Fakt, iż papież zapisał te słowa w odniesieniu do ludzi nieposłusznych zwierzchnictwu znajduje odzwierciedlenie we współczesnych ruchach charyzmatycznych. Wrażenie nawiązania bezpośredniej „łączności” emocjonalnej z Bogiem u osób niedojrzałych psychicznie lub poszukujących cudowności przy antyintelektualnym charakterze pentekostalnej pobożności, oparciu wiary o subiektywne odczucia i brak opieki rozważnego pasterza i przewodnictwa Kościoła może doprowadzić do grzechu pychy. Zdarzają się więc konflikty z hierarchią kościelną i wypowiadanie posłuszeństwa pasterzom, a w skrajnych przypadkach dojść może nawet do rozłamu. Tak też się stało w przypadku liczącej pięćset osób kaliskiej Odnowy w Duchu Świętym „Emmanuel”, która w 1997 opuściła Kościół katolicki, tworząc odrębną grupę wyznaniową. Mając wszak Chrystusa-kumpla po swojej stronie i pozostając z nim w bezpośredniej łączności, Kościół ze swoim nauczaniem staje się jedynie zawadą. Jakże przecież kumpel mógłby być na tyle arogancki, aby wymagać od nas absolutnego posłuszeństwa? Jak pisał Jarosław Ruszkiewicz we wspomnianym wyżej wierszu:

Są ci, co bronią hierarchii.

Tylko  czego bronią?

Bronią Wiary? Tych intymnych spotkań z Synem Pana?

Czy może bronią struktur, bronią Hierarchii. Tej, co mój kumpel z Nazaretu kazał się wynosić ze Świątyni.

Zamiast wiary racjonalnej, wiara emocji; zamiast życia pełnego wyrzeczeń i duchowej walki, droga na skróty; zamiast zmagań z pychą i zmysłowością, łechtanie własnego ego i nieustanne drażnienie zmysłów. Jezus bez Krzyża, w pełni demokratyczny, bo dostępny każdemu i w pełni liberalny, bo wyrozumiały ponad miarę. Zamiast Kościoła Walczącego – Kościół Tańczący. Demokratyczno-liberalny.

Tak jak wychowanie bezstresowe nie może wydać dobrych owoców, tak i bezstresowy katolicyzm nie może przynieść nic dobrego. Znów można powołać się przy tym na wciąż aktualne słowa papieża Leona XIII:

Rozważając dzieje apostolskie, wiarę pierwotnego Kościoła, walki i katusze bohaterskich męczenników, płodność ubiegłych wieków na mężów tak wysokiej świętości; a porównując to z czasem obecnym, kto by śmiał twierdzić, że w owych właśnie czasach Duch Święty mniej łask wylewał na ludzi, niż w czasach obecnych?[10]

Patrząc na wyniki kilku dziesięcioleci duszpasterskich wysiłków w duchu teologii fajności i postępującą infantylizację stwierdzić należy, że jest wręcz odwrotnie.

Konsekwencją teologii fajności jest więc ostatecznie desakralizacja Chrystusa. Msza Święta choć doktrynalnie, ma się rozumieć, wciąż stanowi Najświętszą Ofiarę, to jednak duszpastersko staje się dziś zaledwie spotkaniem przy stole wspólnoty (słabo) wierzących. Komunia Święta zgodnie z tą logiką przestaje być uobecnionym Ciałem i Krwią Chrystusa, ale symbolicznym ciastkiem. Nie trzeba się więc obawiać o profanację poprzez przyjęcie jej na rękę. Nie sposób sprofanować czegoś, co nie jest święte. Sama Msza Święta jest takową wyłącznie z nazwy, dlatego też nie powinny razić żadne formy jej uatrakcyjniania. Novus Ordo Missae ze względu na swoją dużą dowolność nadużywany jest przez „pozytywnie zakręconych” kapłanów, którzy w imię teologii fajności prześcigają się w pomysłach „duszpozerskich”.

Zeszłoroczne Triduum Paschalne w kościele ojców jezuitów w Łodzi, którzy Najświętszą Ofiarę okrasili tańcem i śpiewem zespołu Mocni w Duchu, a świątynie przyozdobili kolorowym oświetleniem rodem z dyskoteki. Słusznie okrzyknięto ów spektakl „Aerobikiem z elementami Eucharystii”. Towarzystwo Jezusowe znane jest zresztą ze swej sympatii dla ruchu charyzmatycznego, nie może więc dziwić zamiłowanie do „powera” i „kopa”. Niczym to jednak jest w porównaniu z Rockową Mszą Świętą dziękczynną za beatyfikację Jana Pawła II w jednym ze świnoujskich kościołów. Zarówno kapłan jak i młodzi ludzie grający na gitarach elektrycznych i perkusji otrzymali owację, odzierając jednocześnie z godności ofiarę Chrystusa. Ksiądz, który owemu spektaklowi przewodniczył, niewiele sobie robił z oświadczenia Episkopatu Polski, który wyłącza z użytku liturgicznego instrumenty przeznaczone do wykonywania muzyki rozrywkowej, ale przecież liczy się czad dla Chrystusa.

Eucharystia stanowiąca źródło wiary i jej szczyt, zamiast wznosić ziemię ku Niebu ściągnęła je w dół, do poziomu wiejskiej zabawy. Skonsumowanie małżeństwa Kościoła-Oblubienicy i Chrystusa Ukrzyżowanego-Oblubieńca zamieniono na biesiadę z muzyką do kotleta. Zgodnie z zasadą Lex orandi, lex credendi („Prawo modlitwy, prawem wiary”) rozrywkowa Msza Święta, w której nie ma miejsca na modlitwę może uformować wyłącznie rozrywkowych katolików, którzy modlić się nie potrafią i nie chcą. Kościół więc z duszpasterską troską pochylić się musi nad nimi, a zatem i zniżyć poziom katechez, przemilczeć doktrynę, która mogłaby rozrywkowego katolika odstręczyć, aby z fałszywym miłosierdziem przychylić mu Nieba. W ten sposób koło się zamyka, koło autodestrukcji, które powstrzymać może wyłącznie Chrystus przybity do Krzyża stojącego na mocnym fundamencie katolickiej Tradycji i niezmiennego Magisterium Kościoła.

Chrystus domaga się krzyża

Teologia fajności jest dzisiaj jednym z głównych objawów kryzysu, który toczy współczesny Kościół. Zdecydowane odstępstwo części kardynałów od nauczania katolickiego, niechlujna formacja kapłańska, prześciganie się w uatrakcyjnianiu Mszy zamiast powrotu do jej szlachetnych, tradycyjnych form i powszechny zamęt w duszach wiernych – wszystko to wyrasta z powszechnej liberalizacji katolicyzmu. Błogosławiony papież Pius IX przestrzegał przed tym zjawiskiem już w 1873 roku:

Są tacy, którzy zdają się chcieć maszerować w zgodzie z naszymi wrogami, starają się ustanowić sojusz między światłością a ciemnością, zgodę pomiędzy sprawiedliwością a nierównością, za pomocą doktryn zwanych „liberalno­katolickimi”, które, opierając się na najbardziej szkodliwych zasadach, schlebiają świeckiej władzy, gdy ta atakuje rzeczy nadprzyrodzone, i zmuszają umysły do szanowania, lub przynajmniej tolerowania, najbardziej nikczemnych praw, dokładnie tak, jakby nie napisano, że nie można służyć dwóm panom.[11]

Ów optymistyczny katolicyzm będący mezaliansem światła i ciemności, który zdolny jest do przemilczania doktryny Kościoła w imię duszpasterstwa potępiał niezmordowanie także papież Leon XIII w 1899 roku, pisząc o herezji tzw. amerykanizmu:

Nowe te poglądy, o których mowa, zależą mniej więcej na tym, że, dla łatwiejszego pociągnięcia innowierców do uznania prawdy katolickiej, należałoby Kościołowi zbliżyć się do ludzkości doszłej do pełnej już dojrzałości i, pozbywszy się dawnej surowości, stać się wyrozumiałym dla aspiracji i poglądów współczesnych ludów. (…) Wielu sądzi, że to się winno stosować nie tylko do karności do życia, lecz także i do nauczań wchodzących w skład skarbu wiary. Sądzą bowiem, że byłoby na dobre, w celu pociągnięcia opornych zamilczeć o niektórych prawdach (…)[12].

Tendencje te nie są więc zjawiskiem nowym i stanowią integralną część trwającej od wieków Rewolucji. Nie chodzi bowiem o to, aby Kościół pochylił się nad człowiekiem, lecz by oddał mu pokłon. Dziś może nawet jaśniej niż za czasów Leona XIII widać, iż pochylenie to grozić może przetrąceniem nie tylko moralnego, ale i teologicznego kręgosłupa Kościoła.

Komunistyczny ateizm przegrał batalię o rząd dusz. Krzyż domagał się Chrystusa. Liberalizm wciąż jeszcze toczy bój o to, aby Chrystusa nie krzyżować wcale, ale i ta walka skazana jest na porażkę. Wszak Chrystus domaga się Krzyża. Doświadczył tego boleśnie św. Piotr, słysząc z ust swego Mistrza: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo myślisz nie na sposób Boży, lecz na ludzki (Mt 16, 23). Starajmy się więc zawsze myśleć na sposób Boży i nigdy nie tracić z oczu tego „depresyjnego wizerunku” naszego Pana, jakim jest Chrystus Ukrzyżowany. To, co dla pogan jest głupstwem, a dla Żydów zgorszeniem, dla katolika jest powodem do chluby. Ludzie karmieni fajnością przymierają głodem, który zaspokoić może jedynie Komunia Święta, a nie symboliczne ciastko. Ludzie tonący w grzechu potrzebują pomocy, a nie fałszywego miłosierdzia, które wpycha ich jeszcze głębiej w otchłań. Jezus jest dzisiaj wszędzie: w sercu, w domu, w portfelu, na rynku, nawet na stadionie; a my zawsze miejmy go na Krzyżu Zbawienia. Nie ulegajmy pokusie fałszywego miłosierdzia, aby Go z niego zdjąć.

Zbyt wielką cenę zapłacił Bóg, aby dać się do niego przybić.

Piotr Klinger, „Krzyżowiec” 1/2016

 

[1] Abp Fulton J. Sheen, Life of Christ, New York 1958, str. xxv.

[2] http://americamagazine.org/content/all-things/cardinal-marx-we-must-think-beyond-capitalism

[3] http://americamagazine.org/issue/cardinal-marx-francis-synod-women-church-and-gay-relationships

[4] Św. Siostra Faustyna, Dzienniczek, Warszawa 1995, s. 27.

[5] Gloria.tv Interview with Raymond Cardinal Burke. https://www.youtube.com/watch?v=VooogGSchRM

[6] Polonia Christiana nr 44, maj-czerwiec 2015, s. 41.

[7] Tamże, s. 42.

[8] Czyli przeszczepianie na katolicki grunt teologii zielonoświątkowej.

[9] Papież Leon XIII, Testem benevolentiae: O tzw. amerykanizmie, Warszawa 2003, s. 10.

[10] Tamże.

[11] Bł. Papież Pius IX, Brewe do koła katolickiego w Mediolanie, 1873.

[12] Tamże.

Reklamy

One Comment Add yours

  1. Maria pisze:

    Piękny, mądry, wartościowy artykuł szanujący inteligencję czytelnika. Dziękuję. 🙂 Niech dobry Bóg ma autora w Swej opiece i hojnie mu błogosławi.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s